Wspomnienia żołnierzy 4 Dywizji Pancernej

Heinrich_EberbachWspomnienia żołnierzy 4 Dywizji Pancernej

Poniżej zamieszczamy wspomnienia i zapiski do jakich udało nam się dotrzeć. Jednocześnie zaznaczamy, że chcąc zachować oryginalne tłumaczenie, nie ingerowaliśmy w tekst. Wyrażenia oraz opinie zawarte w tekście pochodzą bezpośrednio od autora wspomnień.

Heinrich Eberbach (ur. 24 listopada 1895  – zm. 13 lipca 1992) – jego karierę wojskową zapoczątkowała I wojna światowa, którą zaczął jako podoficer (kandydat na oficera) w 3 kompanii 10 Pułku Piechoty. W 1915 roku został awansowany na stopień porucznika, obejmując dowodzenie 8 kompanii Pułku Fizylierów Cesarza Franciszka Józefa. 25 września 1916 roku, podczas bitwy pod Sommą, zostaje podwójnie ranny i wzięty do niewoli, by we wrześniu 1917 roku z niej uciec i przez Szwajcarię ponownie dotrzeć do Niemiec.  Ponownie zostaje wysłany na front. Po zakończeniu wojny wciąż pozostaje w wojsku, by z 31 stycznia 1920 roku opuścić jej szeregi. Dostaje pracę w policji, w której stopniowo pnie się po szczeblach kariery, regularnie awansując. Po piętnastu latach służby jako policjant, ponownie wstępuje do wojska. W 1935 roku w nowo tworzonym Wehrmachcie, obejmuje 14 października dowodzenie 12 oddziałem przeciwpancernych, następnie od 1 sierpnia 1936 roku dowodzi 6 Pułkiem Pancernym wchodzącym w skład 3 Dywizji Pancernej. Od samego początku służby, wykazuje duże zdolności organizacyjne, czego efektem jest promocja na stopień Oberstleutnanta w 1937 roku, a konsekwencją oddanie pod rozkazy w listopadzie 1938 roku Panzer Regiment 35, wchodzącego w skład nowo tworzonej 4 Dywizji Pancernej. Na czele pułku prowadzi walki w Polsce, oraz we Francji w 1940 roku, odznaczając się podczas walk o przeprawy na Mozie, a następnie we Flandrii. Po inwazji na ZSRR, w marcu 1942 roku zostaje awansowany na stopień General Majora. W tym czasie dowodzi już 4 Dywizją Pancerną (od 6 stycznia 1942 do 2 marca 1942 roku oraz od 4 kwietnia do 14 listopada 1942 roku), by następnie objąć dowodzenie (dwukrotnie) nad XLVIII Korpusem Pancernym. Pod koniec listopada 1942 roku zostaje ranny niedaleko Stalingradu. W szpitalu pozostaje do lutego 1943 roku, by zaraz po wyjściu zostać na krótko dowódcą (inspektorem) pancernych oddziałów rezerwowych. W tym samym czasie zostaje odznaczony Krzyżem Rycerskim Żelaznego Krzyża i awansowany na stopień Generała Porucznika (General Leutnant). Niedługo później ponownie wraca na front wschodni, obejmując tam wyższe stanowiska dowódcze. W 1944 roku zostaje awansowany na Generała Wojsk Pancernych (General der Panzertruppen). Przeniesiony do Francji, kieruje walkami z oddziałami brytyjskimi podczas ich próby wyrwania się z przyczółka, by następnie objąć dowodzenie Grupą Pancerną „Zachód”, przemianowaną następnie na 5 Armię Pancerną. W sierpniu 1944 zostaje dowódcą doraźnie sformowanej „Grupy Pancernej – Eberbach”, która wykonuje nieudane natarcie na skrzydło jednostek amerykańskich, celem zablokowanie ich marszu na południe Francji (kontratak pod Mortain) i zdobycia Avranches. Następnie, już jako dowódca 7 Armii  toczy walki w rejonie Falaise, celem wyrwania się kleszczy wojsk alianckich. 31 sierpnia 1944 roku, podczas rozpoznania, w którym brał udział, zostaje w okolicy Amiens wzięty do niewoli przez brytyjski oddział. Z niewoli wychodzi w 1948 roku, by dwa lata później zająć się pracami nad tworzeniem Bundeswehry, a konkretnie jej oddziałów pancernych i zmotoryzowanych.

Przed kampanią w Polsce

„… Od połowy sierpnia 1939 wszyscy odczuwają napiętą atmosferę. Na horyzoncie majaczy wojna przeciw Polsce. Wszyscy mamy uczucie, że sobie poradzimy, ale nie ma radosnego uniesienia, jakie miało miejsce w 1914 roku.
Rankiem 26 sierpnia stoimy nad Polską granicą. Ale rozkaz nie nadchodzi. Wieczorem wracamy znowu na nasze kwatery. Wszyscy żywimy cichą nadzieję, że wojny można będzie jeszcze uniknąć. Pułk składa się z 6 kompanii. W większości są wyposażone tylko w czołgi uzbrojone w karabiny maszynowe (PzKpfw I). Oprócz tego mają kilka PzKpfwr II z 20 mm działkiem, i jeszcze mniej PzKpfw III z działkiem 37 mm, a w 4. i 8. kompanii po 4 czołgi PzKpfw IV z krótkim działem 75 mm . Deficyt oficerów i podoficerów pomimo napływu rezerwistów ciągle nie jest uzupełniony …”

1 września 1939 — pierwszy dzień wojny

„… O świcie stoimy znów nad granicą. O 4.45 zaczyna strzelać nasza artyleria. Płonie kilka domów. Wyrusza  nasz pułk piechoty zmotoryzowanej.  O 6.30 także nasz pułk otrzymuje rozkaz do natarcia. Mamy uderzyć przez Opatów-Wilkowiecko-Mokrą III na Ostrowy – Korcin. To bądź co bądź 40 kilometrów do przebycia.
Nasz XVI Korpus (1 i 4 Dywizje Pancerna oraz 14 i 31 Dywizje Piechoty) jest szpicą uderzeniową w środku 10 armii generała Waltera Reichenaua … „

Chrzest ogniowy 35 pułku pancernego

„… Posuwamy się powoli do przodu. Droga jest zablokowana, most przez Liswartę wysadzony. Przeprawiamy się brodem. Na tylnej części czołgów przewozimy naszych strzelców motocyklowych. Nie ugrzązł żaden czołg. Posuwamy się przez Opatów na Krzepice, otrzymujemy boczny ogień z ckm i artylerii, na który odpowiadają nasze czołgi, i osiągamy Wilkowiecko. Przed nami leżą trzy wsie: Mokra I, Mokra II i Mokra III, za nimi wysokopienny las. Uderza II batalion, niszczy jedną polską baterię, przebija się przez wsie i dociera na 400 metrów od skraju lasu. Z lasu w kierunku naszego II batalionu zostaje skierowany ogień artylerii, dział przeciwpancernych i ciężkich karabinów maszynowych. Nie widać nic ze strony przeciwnika. Amunicja polskich karabinów przeciwpancernych przebija nasze lekkie opancerzenie. Hauptmann Buz i Leutnant Lohr giną, Oberleutnant Snahovich zostaje ranny. Kiedy z powodu tych wydarzeń dowódca pułku rozkazuje I batalionowi  oskrzydlić i przejść las z prawej, ciężko ranny zostaje dowódca batalionu Oberstleutnant Steng­lein. Skraj lasu zostaje osiągnięty i powoli oczyszczony. Nasza artyleria prowadzi ogień osłonowy. Panzer-Regiment 36, który prowadzi swoje natarcie na lewo od nas również ponosi straty. Oberst Breith wycofuje swój batalion do Wilkowiecka, w celu uporządkowania mocno rozciągniętych kompanii. Strzelcy powoli posuwają się do przodu na Mokrą, jednak z dywizji nie przychodzą żadne rozkazy,  ponieważ w tyle wybuchła panika. Nasz dowódca dywizji ze swoim sztabem muszą przymuszać roztrzęsionych kierowców kolumn i wozów bojowych do jazdy do przodu. Nasz pułk jest w związku z tym całkiem sam na krawędzi lasu. Czy ośmielać się iść w głąb?
Późnym popołudniem wraca dowódca lekkiego plutonu z II batalionu, Feldwebel Gabriel, który wysłany został na rozpoznanie i melduje: „Las i wieś po tamtej stronie są wolne od nieprzyjaciela“. Natychmiast ruszają przez las II batalion i sztab pułku. I batalion stoi na razie przy Mokrej.
Tak więc nasz pułk uporem, duchem bojowym i zaangażowaniem tego pierwszego dnia przyczynił się do pierwszego sukcesu dywizji. Pierwszy front obronny Polaków został przełamany. Dowódca korpusu i nasz dowódca dywizji uznali dokonania pułku. Cena za ten sukces jest wysoka: 15 zabitych w tym dwóch oficerów, 14 rannych w tym 3 oficerów i 14 czołgów. Naszym przeciwnikiem jest elitarna polska jednostka:  Wołyńska Brygada Kawalerii …” 

„Sturmfahrt auf Warschau”

„… 2 września w ciężkich walkach umiejętnie wspierany przez naszą 4. i 8. kompanie, Schützen-Regiment 12 przebija się do Kozinki. 3 września opór polskich jednostek zostaje przełamany. Nasz Aufklärungsabteilung 7 prawie bez walki zajmuje przejście przez Wartę pod Szcepolicami i uderza w kierunku na zachód od Radomska. Nasza sąsiadka, 1 Panzer-Division zajęła Kamiensk. 3 i 4 września nasz pułk tłucze się po fatalnych drogach. Aufklärungsabteilung 7 i Schützen-Regiment 12 przekroczyły Widawkę i stoją 20 kilometrów na południe od Kamienska. Dopiero 5 września nasz pułk idzie znowu naprzód. Celem ataku jest Gomulin, na zachód od Piotrkowa Trybunalskiego. Ale tylko 6. kompania natrafia na wroga z artylerią i działkami przeciwpancernymi. Odrzuca go do lasu.
6 września pułk zajmuje Będków i Rudnik, 7 września znowu jest na szpicy naszej dywizji i pędzi wroga w dzikiej pogoni z Ujazdu. Już o 9.00 zostaje osiągnięta Lubochnia a wieczorem pułk przejeżdża przez Rawę Mazowiecką do swego miejsca postoju.
W tych dniach dywizja wbiła się na głębokość 40 kilometrów w zgrupowanie wroga. Nasz pułk chętnie uderzałby dalej, jako, że przy wyjeździe z Rawy stoi drogowskaz „Warszawa 115 km”. Po raz pierwszy nasza jednostka doświadcza, jaką siłą przyciągania oddziałuje nazwa miasta, którego zajęcie ma duże znaczenie.

Rozkaz dzienny dywizji kończy się zdaniem: „Vorwärts nach Warschau” („Naprzód na Warszawę”). Nie pozostaje wiele czasu na sen.
8 września o świcie nasz pułk wysuwa się na szpicę 4. Dywizji Pancernej. Po 10 kilometrach trafia na polską piechotę z artylerią. Wróg zostaje prędko pokonany. Ostrzeliwując gniazda oporu, osiągamy Radziejowice. Dalej uderzenie kieruje się na Wolicę-Sękocin, w celu zajęcia przejścia przez Utratę. Polscy żołnierze poddają się tysiącami. Kiedyzostaje osiągnięty ten odcinek, pułk uderza na Raszyn. Wróg wysadza nam przed nosem dwa mosty, ale możemy przejechać. Kompania pionierów reperuje przeprawy. Dowodzący generał jedzie do znajdującego się z przodu I batalionu, gdzie pokryty kurzem i ubrany tylko w spodnie i koszulę Hauptmann von Lauchert objaśnia mu sytuację. Dowódca pułku radzi generałowi Höppnerowi i dowódcy dywizji, aby wykorzystać zaskoczenie wroga i – bez oczekiwania na wszystkie jednostki dywizji – uderzać w kierunku na Warszawę, która przez rząd polski ogłoszona została miastem otwartym (?). Zostaje udzielone pozwolenie. Samolot dostarcza jeszcze na czas kilka planów Warszawy. Wszyscy czołgiści pułku palą się, aby jako pierwsi żołnierze armii niemieckiej dotrzeć do polskiej stolicy. II batalion ma za zadanie uderzać przez plac Piłsudskiego i Wisłę na Pragę, I batalion ma pozostać w centrum Warszawy.

O godzinie 17.00 nasz pułk zaczyna i uderza przez przedmieścia Warszawy. Padają pojedyncze strzały. Za Kolonią-Rakowiec nie ciągną się już domy. Czołgi przejeżdżają przez most drogowy. Za nim jest jeszcze 400 metrów do skraju właściwego miasta, do przejechania częściowo po otwartym terenie, a częściowo po terenie pokrytym ogródkami działkowymi. Droga do skraju miasta jest zablokowana barykadą z przewróconych tramwajów i samochodów ciężarowych do przewozu mebli. Kiedy nasze czołgi zbliżają się, błyska ogień artyleryjski. Nasze pojazdy zjeżdżają szybko z drogi i przez ogródki działkowe wjeżdżają na boczne ulice. Ale tam też – z czteropoziomowych domów, z świetlików dachów, okien, piwnic i zza dalszych barykad na nasze czołgi zostaje skierowany ogień ze wszystkich luf. Jeden z naszych niewielu Panzer IV otrzymuje bezpośrednie trafienie, ale zostaje odholowany.

Słońce zachodzi. Zmierzch okrywa ulicę przed nami. Dowódca pułku uświadamia sobie, że Polacy nie dotrzymują słowa o Warszawie jako mieście otwartym i, że tego silnie bronionego dużego miasta nie można zająć z marszu, pojedynczym wypadem. Przerywa atak i wraca z powrotem do mostu drogowego. Na razie samotny, wysunięty przed główne siły dywizji pułk ubezpiecza się ze wszystkich stron.

Noc przebiega spokojnie. Zostaje uzupełnione paliwo, amunicja, dostarczone zostaje zaopatrzenie. W międzyczasie docierają pozostałe jednostki dywizji. Dowódca dywizji rozkazuje powtórzenie ataku wszystkimi siłami 9 września, wzmocniony Panzer-Regiment 35 ze swojego obecnego stanowiska a Panzer-Regiment 36 na zachód od niego.

O godzinie 7.00, po ostrzelaniu przedmieść przez artylerię, nasz I batalion wraz z batalionem strzelców i plutonem saperów po raz drugi wychodzi do szturmu na Warszawę. Znowu nasze czołgi przetaczają się przez most drogowy, razem z nimi jadący na nich strzelcy. Wraz z saperami zostaje pokonana barykada. Atak wchodzi w wąwozy domów. Miasto broni się z rozpaczliwym męstwem.
Pomimo tego zostaje zajęta druga barykada. Strzelcy muszą zdobywać i oczyszczać dom po domu. Gniazda km, granaty ręczne z góry i z piwnic, zrzucane z dachów kamienne bloki sprawiają, że jest to trudne. Czołgi pokusiły się o to, by dalej iść samemu. Dowódca 1. kompanii, Leutnant Class, atakuje dalej główną ulicą. Jego pojazd zostaje trafiony z doskonale zamaskowanego działa. Pomimo to jedzie dalej. Następne trafienie zapala pojazd. Kierowca nie żyje. Classowi i jego radiotelegrafiście udaje się jeszcze opuścić pojazd. Ale wtedy obaj zostają ciężko ranni.

Wóz adiutanta pułku zostaje unieruchomiony przez to samo działo. Oberleutnant Guderian wysiada i przez bramę dostaje się do ogródka. Tam napotyka się na czołg Leutnanta von Diera, który ochraniany przez przydzielony pluton strzelców posuwa się powoli do przodu.

Inne czołgi starają się przejść przez podwórza i ogrody. Leutnantowi Esserowi z dwoma plutonami udaje się dotrzeć do linii kolejowej, po czym polska obrona niszczy jego radiostację. Feldwebel Ziegler obejmuje dowództwo pozostałych czołgów i atakuje do warszawskiego Dworca Głównego. Sam w środku stolicy wroga musi się ostatecznie wycofać. Leutnant Lange dotarł do stanowisk artylerii wroga i strzela z czego może. Ale odważni Polacy rzucają wiązki ładunków pod jego gąsienice. Jedno z kół jego czołgu zostaje rozerwane, wieża zostaje zablokowana. I on musi się wycofać.

Przed 9.00 dowódca pułku włącza wcześniej trzymany w rezerwie, wzmocniony przez baon strzelców II batalion do walki o 1 km na północ od drogi, bo tam obrona wroga wydaje mu się słabiej zorganizowana. Odziały posuwając się do przodu mijają stare umocnienia Warszawy. Zostaje osiągnięty park. Ale tam wiezieni na czołgach strzelcy osłony trafiają pod ostrzał karabinów maszynowych i granatników z budynków po lewej. Podczas gdy rozsypują się, pomiędzy nimi wybuchają pociski. Pojedyncze pojazdy płoną. Obrona ppanc. wroga powstrzymuje atak naszych pojazdów. Dowódca 8. kompanii, Oberleutnant Morgenroth zostaje śmiertelnie trafiony. Z dwóch plutonów które weszły do oczyszczania parku wracają tylko 3 pojazdy. Wtedy dywizja rozkazuje: „Wracać na pozycje wyjściowe!”. Na razie liczba czołgów, które znajdują się w linii i na zapleczu natarcia jest przerażająco mała. W ciągu popołudnia wzrasta znowu do 91, z których jednak tylko 57 jest gotowych do walki, wśród nich jeden tylko Panzer IV. Także załogi, których pojazdy zostały zniszczone wracają z powrotem, wśród nich Oberleutnant Riebig, który pieszo przebił się przez polskie linie.

Pomimo wszystko duch bojowy pancerniaków jest niezachwiany. Każdy ma uczucie, że dokonał dużego wyczynu. W końcu przecież dywizja w 8 dni pokonała 400 km, pokonała wroga, gdzie się pojawił, i jako pierwsza weszło do jego stolicy, daleko na tyłach głównych sił armii polskiej. Dużo później dopiero dowiadujemy się, ze Warszawa wówczas broniona była przez 100 000 żołnierzy polskich. Demoralizujące działanie uderzenia naszego pułku na szpicy 4. Panzer-Division nie jest wystarczająco doceniane.
W nocy wszystkie trafione i zniszczone na minach czołgi zostają ściągnięte z powrotem przez swoje załogi – po części sprzed polskich linii.

Wycofująca się z zachodniej Polski armia polska próbuje dotrzeć do Warszawy na południe od Wisły. Nasza 4. Panzer-Division, wzmocniona przez zmotoryzowany pułk SS-VT Leibstandarte, 33 Pułk Piechoty, artylerię i saperów ma rozkaz trzymać pozycję pod Warszawą. Jednocześnie powinna przyjąć wycofującego się z zachodu wroga. Na wschód od siebie mamy tylko 1. Panzer-Division. Wraz z nią stoimy całkiem sami, kilkaset kilometrów za liniami wroga. Nasz pułk powinien po nieustannych walkach i ciężkich stratach z 9 września otrzymać zasłużony odpoczynek i czas na naprawę pojazdów. Ale usadowienie wroga na to nie pozwala.
Rankiem 10 września pułk znowu toczy walki na płd.-zach. Warszawy, aby zabezpieczyć linię Osiedle Gorce-Blizne przed atakującymi polskimi jednostkami. Rośnie ilość sukcesów, ale rosną także straty. 11 września mija stosunkowo spokojnie. 12 września Hauptmann Schnell wraz ze swoją kolumną marszową niszczy 7 polskich czołgów.

13 września o godz. 4.30 nasz pułk wycofuje się ze swoich pozycji i kieruje się do folwarku Strzykuły, aby stamtąd zaatakować wraz z SS-VT Leibstandarte. O godzinie 14.50 nasze czołgi ruszają do ataku na zachód, na Błonie. Batalion przy batalionie, każdy z nich ma za sobą batalion Leibstandarte na pojazdach. Zostają zajęte Kaputy, wzięci jeńcy, przejechane stanowiska dział i działek przeciwpancernych z dużą ilością amunicji. W ciemnościach zostaje osiągnięty cel ataku, to godny uwagi sukces.

Nadeszła w międzyczasie 31. Dywizja Piechoty przejmuje 14 września odcinek naszego pułku, skierowanego w okolice Krunic, w celu dokonania napraw czołgów. 15 września pułk otrzymuje rozkaz, aby wraz z Leibstandarte i 12. Pułkiem Strzelców Zmotoryzowanych atakować przez Bzurę, w celu zajścia od tyłu okrążonego pod Kutnem silnego zgrupowania wojsk polskich, podczas gdy pozostałe jednostki dywizji mają ubezpieczać znad Bzury na północ. Pułk zaczyna 16 września o godz. 5.00. Osiągnięcie pozycji wyjściowych zajmuje jednak trochę czasu. Saperzy muszą wzmocnić znajdujące się na Bzurze przeprawy. Atak powinien rozpocząć się o 7.00, jednak zostaje przesunięty. Jak się okazuje przekroczenie rzeki napotyka na trudności. Nasi saperzy mają pełne ręce roboty.

O godz. 11.00 bataliony wyruszają ostatecznie do ataku. Pada deszcz. I batalion powinien przez Bibijampol osiągnąć szosę Młodzieszyn-Ruszki, II uderza z tym samym zadaniem z południowej części wioski Żukowska. W Bibijampolu I batalion zadaje wrogowi ciężkie straty. Zdobywa 2 działa, osiąga już o 12.30 szosę i atakuje uciekające kolumny wroga. II batalion trafia pod Adamową na silnego wroga, któremu zadaje wysokie straty. Ale 6. kompania zostaje prawie cała unicestwiona przez polskie działka przeciwpancerne, które niewidoczne stoją w małym lasku. Ginie Leutnant Diebisch, Leutnant Cossel zostaje ciężko ranny. Pomimo to II batalion o godz. 14.00 również osiąga swój cel ataku. Jednostki 1. Panzer-Division, które miały spotkać się z nami pod Ruszkami nie nadchodzą. Polacy kładą z trzech stron niezwykle silny ogień artyleryjski na nasz pułk. Nasze czołgi stoją niczym tarcze strzelnicze, ale nie mogą pozostawić samych sobie przybyłych wraz z nimi żołnierzy piechoty, bo Polacy atakują fala po fali. Połączenie radiowe z dywizją urywa się. Na głębokiej flance słychać ogień karabinów maszynowych i granatników. I batalion musi się po poniesieniu strat wycofać ze znajdujących się pod silnym ostrzałem Ruszek. Czołgi mają już tylko resztki amunicji. Zawezwane wsparcie artyleryjskie nie nadchodzi. Ciągle nowe masy wroga atakują pomimo najcięższych strat przez nasz ogień na Ruszki. Zaczyna padać deszcz. Przed 17.00 radiostacja odbiera rozkaz do odwrotu. Osłaniana przez nasze czołgi, piechota odrywa się od wroga. Potem i my powoli wycofujemy się. W Juljopolu strzela do nas polska piechota, której nie możemy ostrzelać w egipskich ciemnościach. Tu jest jak w diabelskim kotle. Przy postoju w Bibijampolu żołnierze zapadają gdzie i jak leżą w głęboki sen, tak są przemęczeni.

II Batalion musi całą noc wraz z piechotą odpierać polskie ataki. I batalion i sztab pułku mogą w końcu wrócić na pozycje wyjściowe. 17 września kompanie 2. i 4. walczą wraz z Leibstandarte pod Mistrewicami i Juljopolem. 4. kompania zdobywa polską baterię, jedno ciężkie i dwa lekkie działa przeciwlotnicze i kilka granatników. Wieczorem regiment kieruje się w okolice zamku w Teresinie. Siła bojowa wynosi już tylko 60 czołgów. Rzekomo pułk ma mieć czas na odpoczynek i reperacje pojazdów. Rzeczywiście, 18 września jest spokojnie …”

„Die Vernichtungsschlacht an der Bzura”

„… O północy nasz pułk zostaje zaalarmowany. Do godz. 4:00 powinien osiągnąć folwark Wólka Aleksandrowska. O 2:00 czołgi ruszają w ciemną jak sadza noc. Pomimo to pułk jest punktualnie na miejscu. Miesiące ćwiczeń nie idą na marne.

Dowódca jedzie do stanowisk dowodzenia dywizji, do folwarku w Tułowicach. Tam dowiaduje się on od dowódcy dywizji: po ciężkich walkach pod Ruszkami wróg przygotowuje swoje siły w utworzonym przez Bzurę i Wisłę kącie, do przebicia się na Warszawę. 18 września większej części naszej dywizji udało się, wzdłuż wschodniego brzegu Bzury, przebić aż do Wisły. Teren na tym obszarze porośnięty jest przez laski i kępy krzaków. Jeszcze zanim tam wysłane jednostki naszej 4. Panzer-Division zdołały utworzyć linię obrony, udało się polskie uderzenie przez Bzurę. Wszystkie tam znajdujące się jednostki dywizji toczą ciężkie walki obronne przeciwko wrogiemu pierścieniowi okrążenia. Także nasz siostrzany Panzer-Regiment 36 dzieli ich los i broni się desperacko w terenie, który nie zapewnia pola ostrzału. Poległ dowódca jednego z batalionów Panzer-Regiment 36. Kończy się amunicja. Nie ma już jednolitego dowodzenia. W walce w zwarciu broni się każda grupa. Straty są wysokie. Nasz i wróg walczą w takim zwarciu, że artyleria nie może już prowadzić bezpośredniego wsparcia. Ogniem na wprost zwalcza wroga, który pojawia się przed jej pozycjami. Przez całą noc wróg wysyła naprzód swe desperackie ataki, bez względu na straty, aby doprowadzić do przełamania. Także i stanowisko dowodzenia dywizji jest atakowane, a dowódca dywizji Generalleutnant Reinhardt trzyma jeszcze w ręku rozgrzany karabin. Część sił Panzerabwehr-Abteilung została zaatakowana i unicestwiona przez wroga.

Pułk otrzymuje rozkaz, aby zaatakować wraz z przydzielonymi dwoma batalionami Leibstandarte i wyprowadzić otoczone jednostki z okrążenia. Generał Reinhardt ściska rękę dowódcy pułku i mówi dosłownie: „Eberbach, od waszego pułku zależy los 4. Dywizji Pancernej.”
Któż nie dałby wszystkiego, aby pomóc kolegom w fatalnym położeniu! Tak więc o 8.00 nasz połączony pułk znowu rusza do ataku, batalion obok batalionu. Już z obu stron Hilarowa nasze czołgi trafiają na wroga wyposażonego w różną broń, w tym działka przeciwpancerne. Po ciężkich walkach odrzucamy Polaków.
O godz. 9.00 nasze pojazdy bojowe przebiły się do czołgów naszego pułku siostrzanego, które są prawie bez amunicji i paliwa. Jego żołnierze są niczym oswobodzeni przez zjawy, wraz z naszymi żołnierzami radują się i pozdrawiają. Następnie nasz pułk uderza przy silnym ciągle jeszcze oporze do Wisły, niszczy wciąż strzelającą baterię, a następnie odbija wraz z I batalionem na zachód do Bzury i dociera do Wyszogrodu. II batalion atakuje jeszcze trochę wzdłuż Wisły do Śladowa, gdzie ubezpiecza kierunek wschodni. Tym samym zostaje złamany opór wroga. 1. kompania Leutnanta Lange bierze 3000 jeńców. Zostają uwolnieni niemieccy jeńcy. Nad Bzurą panuje niewyobrażalny chaos polskiej broni, pojazdów każdego rodzaju, martwych koni i części wyposażenia, rezultat działania naszej artylerii i lotnictwa. Tabory z różnych dywizji leżą tutaj zniszczone w bezładnych zwałach.
Po południu w eskorcie kilku czołgów na punkt zbiorczy wziętych do niewoli odprowadzonych zostaje 4000 jeńców i kilka pojazdów pełnych rannych.
W rozkazie dziennym dywizji czytamy, co następuje: „Bitwa nad Bzurą jest zakończona. Była rozstrzygającym zwycięstwem nad bardzo silnymi siłami armii polskiej. W tej bitwie wzmocniona 4. Panzer-Division odegrała w boju szczególnie ważną rolę. Mieliśmy za zadanie zamknąć okrążenie wokół wroga i powstrzymać ostatnie jego natarcie. Nasza dywizja wypełniła swoje trudne zadanie. Swe zwycięstwo zwieńczyła wzięciem 20 000 jeńców i dużą ilością zdobytego sprzętu. 4. Panzer-Division może z dumą spoglądać na swe osiągnięcia.” Tym samym zakończyła się dla naszego pułku kampania w Polsce. Straty w naszym 35. Pułku Pancernym wyniosły: 64 zabitych, 58 rannych, 4 czołgi zniszczone bezpowrotnie…”

„In Warschau abgeschossen”

„… Od pięciu dni zastępuje na stanowisku oficera łącznikowego przy brygadzie pancernej rannego pod Mokrą II Oberleutnanta Ritzmanna. Na drodze, która prowadzi z Rawy do Warszawy, w dzielnicy Ochota przygotowujemy się do drugiego uderzenia na Warszawę. Czołgi stoją jeden za drugim, blisko siebie. Za nami na rozkaz do ataku oczekują strzelcy i saperzy.
Jest dziwnie cicho. Nie pada żaden strzał z karabinu, nie terkotają kmy. Po obu stronach milczy artyleria. Tylko tam i z powrotem na czystym niebie krąży samolot zwiadowczy.

Siedzę w Panzerbefehlswagen (wóz dowodzenia), obok generał von Hartlieb. Jako, że jest ciasno, adiutant brygady rozkłada mapę na moim kolanie. Radiotelegrafiści siedzą przy swoich odbiornikach. Jeden nasłuchuje eteru i czeka na komendę do rozpoczęcia ataku, drugi trzyma już dłoń na włączniku, aby szybko przekazać rozkaz dalej. Silnik jest włączony, stopa kierowcy naciska już na pedał sprzęgła.

Nagle zaczyna dudnić w powietrzu. Na zewnątrz słychać wybuch po wybuchu, to po prawej, to po lewej, potem znowu za nami. Raz po raz gwiżdże i furczy w powietrzu. Kamienie i odłamki furczą, równocześnie rozlegają się jęki pierwszych rannych tego dnia. Polska artyleria posyła nam swe spiżowe pozdrowienie. Wkrótce też nadchodzi hasło do ataku. Błyskawicznie jest przekazywane dalej. Rozbrzmiewają ciężkie silniki czołgów. Wielka bitwa o stolicę Polski w 9. dniu wojny zaczyna się.

Osiągamy pierwsze domy Warszawy. Podczas gdy na zewnątrz szczekają kmy, z głuchym hukiem rozrywają się granaty ręczne, pociski ciskają kamienie na pancerz, my w naszym wozie dowodzenia otrzymujemy meldunek po meldunku. –„Barykada na wprost”, melduje Regiment 35. –„5 czołgów zniszczonych przez działo przeciwpancerne – przed nami miny”, brzmi w słuchawkach. – „Rozkaz dla pułku, odbić na południe”, wrzeszczy generał. Tak, trzeba wrzeszczeć, aby móc zrozumieć coś przez ten hałas. „Przekazać”, krzyczę. –„Meldunek do dywizji, wschodnie obrzeża Warszawy osiągnięte. Miny i barykady, odbijamy na południe”, dyktuje adiutant. „Barykada wzięta” nadchodzi meldunek od pułku. Wszystko to dzieje się w ciągu kilku minut.

Nagle przed nami wylatują w powietrze kostki brukowe. Wybuch po prawej, wybuch po lewej. Dostaję kopniaka w plecy „Nieprzyjacielska bateria 300 metrów przed nami”, krzyczy generał, który siedzi w wieży i obserwuje. –„Skręcać na prawo!”. Gąsienice zgrzytają o bruk, przejeżdżamy w poprzek wolnej powierzchni. „Szybciej jechać, szybciej!”, wrzeszczy generał, bo Polacy wcale nieźle celują. „Natarcie ugrzęzło”, melduje Regiment 36. „Zapytanie do pułku: gdzie dać wsparcie artyleryjskie?” odpowiada generał. Kamienie, odłamki łomoczą o płyty pancerza. Pociski eksplodują całkiem blisko. Nagle uderzenie, walimy głowami o urządzenia. Pojazd unosi się i obraca. Żółty płomień błyska w lukach. Maski przeciwgazowe, różne pakunki, menażki spadają w nieładzie – trafiła nas artyleria. Kilka sekund strachu przechodzi na oczekiwaniu, potem szybkie spojrzenie na twarze innych, szybka obdukcja ciała – jeszcze wszystko całe. Kierowca wrzuca 3. bieg. Spoglądamy na siebie w napięciu. –Czołg jedzie dalej. Coś podejrzanie klekota w lewym układzie jezdnym, ale okazuje się, że, pomimo to, tym razem wszystko się trzyma.
Po lewej i prawej bije tak, jakby otwarło się piekło. Ze wszystkich okien padają strzały karabinowe. Pociski głucho uderzają o pancerz. Z okien suteren rzucane są granaty i butelki z benzyną. Stoimy przeciw kilkaset razy silniejszym siłom. Właśnie wyraźnie to odczuwamy.

Obalone tramwaje, przeszkody z drutu, wbite w ziemię żelazne szyny i działka przeciwpancerne blokują nam drogę. Ciągle musimy jechać na południe. Żeby tylko nic się nie zepsuło! To byłaby pewna śmierć.
Klekotanie i zgrzyty w układzie jezdnym stają się coraz głośniejsze i bardziej podejrzane. W ostatniej chwili znajdujemy ogród owocowy. Chowamy się pod drzewem.

Wprawdzie jednostki pułku osiągnęły już Dworzec Główny, ale ciągle na nowo nadchodzi meldunek „Atak ugrzązł” –„Silna przewaga wroga” –„Czołgi zniszczone przez działka przeciwpancerne i miny” –„Pilnie potrzebne wsparcie artyleryjskie”. Teraz znów świszczy w powietrzu, pocisk po pocisku spada wokół nas. Polacy znowu nas znaleźli. Nie możemy już naprzód ani z powrotem, najpierw musimy postarać się usunąć uszkodzenia, ale teraz nie mamy na to czasu, bo pułki są w strasznych opałach. Generał dyktuje meldunek po meldunku, rozkaz po rozkazie. W końcu krótka przerwa na odsapnięcie. Ledwie otwieramy włazy, a w płyty pancerne już biją pociski. Gdzieś w pobliżu znajdują się Polacy na czatach. Nie widać żadnego. Stoimy pomiędzy krzewami i staramy się stać jak najmniejsi.

Pancerz jest z przodu wygięty, tłumik oberwany, elementy blaszane poszarpane, uszkodzone zespół jezdny i gąsienica. – Odrywamy blachę i amortyzator aby mieć dostęp do gąsienicy i zakładamy dwa nowe bolce łączące. Jeżeli będziemy mieli szczęście, wystarczy na kilka kilometrów. Znikamy znowu w czołgu.

Z dywizji dowiadujemy się, że nie jest możliwe otrzymanie wsparcia lotniczego. Nasza artyleria jest zbyt słaba, aby poradzić sobie z silnym wrogiem. Dywizja rozkazuje więc: „Odwrót na pozycje wyjściowe”. Oddział po oddziale planowo odrywa się od wroga i wychodzi z bitwy. Nie wszędzie jest to proste. Tam trzeba przejąć zadanie osłony odwrotu, gdzie indziej zaś położyć ogień artyleryjski. Mamy tak dużo roboty w wozie dowodzenia, że prawie zapominamy, że i my sami jesteśmy w tarapatach. Dopiero, kiedy ostatnie ubezpieczenia opuszczają pole walki, kończy się nasze zadanie. Teraz spróbujemy wrócić. Jeszcze raz musimy przejść przez to piekło, z którego wyszliśmy tylko dzięki szczęściu. Obieramy tę samą drogę, którą już znamy.

Jest dziwnie cicho, podejrzanie cicho. Ta cisza po tym całym hałasie wykańcza nerwowo. Czujemy, że wróg wciąż tam jest, czeka tylko na dobrą okazję. Jesteśmy znowu w tym miejscu, gdzie wcześniej trafiła nas artyleria. Jeszcze tylko raz w lewo, i mamy przed sobą długą, prostą ulicę. Tam jest jednak jeszcze jedna barykada, trzeba więc uważać. Jesteśmy naprzeciwko. Po cichu już zacieramy ręce. – Wtedy bije w tylny pancerz. – jeszcze raz, czterokrotnie jedno po drugim. To działo przeciwpancerne. Silnik jeszcze ciągle dzielnie działa. Później – jasny wybuch, ogłuszający łomot, – czołg wykonuje ostry obrót w lewo – i zatrzymuje się. –Trafieni w ostatniej minucie! – Teraz nic tylko wiać na zewnątrz. – Następny strzał z pewnością trafi dokładnie w pojazd. – Ale na zewnątrz jest piekło. Wytknąć pistolet maszynowy i przechylając się wypaść z czołgu to jedyne wyjście.

Ale co się znów teraz dzieje? Gęsty dym unosi się z burty. Na początku myślimy, że pali się silnik. Najpierw zaskakuje nas syk. –To trafienie z działka przeciwpancernego zapaliło świece dymne. Lekki wiatr kieruje dym na barykadę. Nie musieliśmy się więc zbytnio obawiać, bo sztuczna mgła okryła nas i zasłoniła nas wrogowi, który z pewnością sądzi że zupełnie nas załatwił.

„Do dywizji” dyktuje generał. Ale nadajnik nie działa. Antena jest odstrzelona. Układ jazdy jest zniszczony, gąsienica leży za nami niczym gigantyczna bransoleta, poważne trafienie zdeformowało burtę.

Z ciężkim sercem decydujemy się na opuszczenie czołgu. Nie można go tutaj naprawić. Wymontowujemy MG i radiostację, i zabieramy ze sobą tajne dokumenty. Jednocześnie musimy chować się jak możemy, bo jeden z pocisków pada całkiem blisko. Podpalić wóz – tego nie dopuszczamy do myśli. Maskujemy go deskami. Może będziemy mieli okazję go odholować. Wzajemnie osłaniamy się podczas odwrotu, pędząc od domu do domu, od ogrodu do ogrodu.  Wszyscy przedostajemy się cali.
Z kończynami ciężkimi jak ołów i nieco nie swoi śpimy. Raz po raz zrywamy się i początkowo stopniowo staje się jasne dla naszej świadomości, że nasz dobry B 01 stoi postrzelony przed polską barykadą z szeroko otwartymi włazami. Musi to być godny pożałowania widok.

Kiedy znowu otwieram oczy i wpatruję się w jasną wrześniową noc, szturcha mnie mój kierowca i pyta ochrypłym głosem: „idzie pan ze mną?”. Nie muszę pytać się gdzie, wiem, o co mu chodzi. „Wóz do odholowania już zorganizowałem”, mówi i wstaje. Odholowaliśmy go jeszcze tej nocy, B 01, który wygląda jak Panzer IV, ale ma nieruchomą wieże z aluminiową atrapą działa. Kiedy Polacy zaczynają strzelać, jest już za późno. Zaczepiony jest już do holującego czołgu, dobrze nas osłania. Także i gąsienicę ciągniemy za sobą na lince holowniczej. Jego stalowy korpus jest postrzelony, ale wróg nie będzie się napawał jego widokiem…”

Po kampanii w Polsce

„… 6 października w zajętej Warszawie odbywa się parada. Zapomniano na nią zaprosić 4. Dywizję Pancerną. Ale ostrzelane i po części wypalone 30 czołgów naszego pułku, które stoją od obrzeży miasta po dworzec główny przypominały uczestnikom parady, kto był tym, który 8 i 9 września w krwawej walce jako pierwsza jednostka wdarł się do wrogiej stolicy. W połowie października nasza dywizja zostaje przeniesiona do macierzystego garnizonu. Cały Bamberg wiwatuje na naszą cześć, kiedy czołgi jadą przez miasto do koszar. 28 listopada dywizja zostaje przerzucona w okolice Lüdenscheid. To, że nasi pancerniacy zostali przyjęci tam z otwartym sercem można wywnioskować z tego, że dzisiaj wielu z nich osiedliło się w tej okolicy. Od 25 do 28 stycznia, nocami, dywizja niespodziewanie zostaje przeniesiona w okolice Düren-Bergheim. Od 4 lutego pułk musi być w razie potrzeby w ciągu 6 godzin gotowy do wymarszu. Przepustki to wstrzymuje się, to znów przydziela. Nasz wysoko ceniony dowódca dywizji, Generalleutnant Reinhardt, który za dziarską służbę swej dywizji otrzymał Krzyż Rycerski, opuszcza nas. Otrzymuje dowództwo korpusu pancernego. 5. Panzer Brigade, w Polsce dowodzona przez Generalmajora von Hartlieba zostaje objęta przez Obersta Breitha, dotychczasowego dowódcę naszego pułku siostrzanego. Na początku marca jedna kompania zostaje oddana do desygnowanego do służby w Norwegii, nowo formowanego batalionu pancernego. Wkrótce zostaje wystawiona przez pułk nowa 3. kompania. Ciągle jeszcze w pułku jest 80 PzKpfw I, obok tego 50 PzKpfw II, ale też 22 PzKpfw III i 16 PzKpfw IV i 4 duże wozy dowodzenia. Tylko 38 PzKpfw III i IV może równać się z czołgami francuskimi i angielskimi. Stojący przeciwko nam przeciwnik – inaczej niż w Polsce – ma silną przewagę w jakości i ilości swoich czołgów. To zmusza nas do przemyśleń, nie jest jednak w stanie nami zachwiać. Idzie wiosna. Mijają święta. W zielone świątki przymyka się trochę oko i dozwolona granica 10% stanu na przepustkach zostaje nieco przekroczona, bo na każdego czeka żona albo narzeczona …”