OPERACJA „WĘDRUJĄCY KOCIOŁ”

W tym roku SRH AA7 obchodzi swoje 15-lecie. Co prawda o okrągłej rocznicy będziemy mogli mówić dopiero w październiku, bowiem to w tym miesiącu 15 lat temu czwórka naszych kolegów postanowiła zawiązać grupę, jednak cały rok 2017 traktujemy przez to wyjątkowo. Wspomnień i doświadczeń, które składają się na te 15 lat jest mnóstwo i z pewnością na przełomie września/października napiszemy o nich dużo więcej. Teraz jednak chcielibyśmy podzielić się wciąż żywymi wrażeniami z wyjazdu, który wpisując się w nasz jubileuszowy rok, postanowiliśmy zorganizować jeszcze przed początkiem intensywnego sezonu rekonstrukcyjnego.
Wybór padł na Normandię. Rozpatrywaliśmy co prawda też inne opcje i inne lokalizacje (które już czekają w kolejce na kolejną wyprawę), ale normandzka magia i fakt, że tylko kilku z nas miało okazję odwiedzić to miejsce samodzielnie lub z rodzinami, okazał się decydujący.

A4_DRUKW takich sytuacjach odległość przestaje mieć znaczenie, liczy się zaś bytność w miejscach, które nie raz i nie dwa próbowaliśmy odwzorować podczas krajowych inscenizacji. Inną sprawą jest to, że bardzo chcieliśmy dołączyć do tych stowarzyszeń i grup, które odwiedziły Normandię, a do tego niemal jednym tchem, głosem swoich członków mówiły – tam koniecznie trzeba być. Musicie tam jechać.
Nie pozostało zatem nic innego, jak zająć się całą logistyką (jeszcze w listopadzie minionego roku), dopiąć szczegóły trasy, zarezerwować dni wolne i w wyjazdowym dniu D, zająć miejsca w samochodach. Rozpoczęliśmy tym samym siódemkową wersję Operacji „Neptun”, którą nazwaliśmy Operacją „Wędrujący Kocioł” (Opération Chaudiére Errante).

Pokonanie przeszło 1.500 tys. kilometrów w drodze do celu nie odbyło się bez przygód i pewnych utrudnień (włącznie z pewnym tzw. „zdarzeniem drogowym”), jednak moment, kiedy za szybą busów ukazał się Most Pegaza (nasz pierwszy punkt wyprawy), szybko tchnął w całe wyjazdowe grono nową energię. Wizyta w tym miejscu miała w sobie coś magicznego i jednocześnie niepowtarzalnego. Jeśli dodamy do tego piwo, które każdy z nas nabył (w Café Gondrée – pierwszym wyzwolonym lokalu w Normandii) i sączył przechadzając się po moście czy jego najbliższej okolicy, słoneczną pogodę z 20 stopniami na termometrze, to owo pierwsze spotkanie z Normandią stało się niemal mistycznym doświadczeniem.
Wizyta w muzeum była tym samym swojego rodzaju deserem, bowiem oglądając całą mostową okolicę, z miejscami lądowania szybowców, do tego dywagując głośno na temat owej pamiętnej nocy (6 czerwca 1944 roku), syciliśmy nasze wcześniejsze wyobrażenia o tym miejscu.

W muzeum, poza bardzo sympatycznym personelem, poznaliśmy też dyrektora, p. Marka Worthington’a. Rozmowa z nim, skądinąd bardzo miła, stanowiła ciekawe uzupełnienie całej wystawy, którą każdy miłośnik działań spadochronowych (choć nie tylko), powinien koniecznie zobaczyć. Z muzeum ruszyliśmy na szlak tzw. brytyjskich plaż, tj. Sword i Gold. Do Museum of the Atlantic Wall „Le Grand Bunker” już nie zdążyliśmy.
Z ciekawym akcentem spotkaliśmy się za to na (kanadyjskiej) plaży Juno. Tuż za wydmą znajduje się nie tylko czołg Churchill (Petard), ale też postument poświęcony 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka.

Przy tej okazji warto podkreślić fakt, iż na całym obszarze brytyjskiej strefy lądowania polskie flagi znajdują się w niemal każdym z tzw. miejsc pamięci. A jest ich tam całe mnóstwo. Późnym wieczorem zameldowaliśmy się w miejscu naszego zakwaterowania.
I choć zmęczenie dawało o sobie znać, nikt nie zamierzał kłaść się do spania. Stoły dość szybko zapełniły się różnorakimi napojami i specjałami, wzniesione zostały pierwsze toasty, a świadomość, iż za nami ledwie początek wyprawy, wprowadziła wszystkich w trudny do opisania, euforyczny nastrój.

N_3

Drugi dzień rozpoczęliśmy w Bayeux, a konkretnie w znajdującym się tam Muzeum Bitwy o Normandię. Odwiedziliśmy też sąsiadujący z muzeum cmentarz, na którym są pochowani brytyjscy żołnierze. Z Bayeux skierowaliśmy się do Arromanches, gdzie w planie było D-Day Museum oraz seans w kinie 360 (Circular Cinema 360). O ile wizyta w muzeum była pewnego rodzaju standardem, o tyle kino 360 dostarczyło całkowicie nowych przeżyć. Ekran (a w zasadzie ekrany) które tworzą obraz 360 stopni, do tego wzmacniająca cały przekaz muzyka i sam sposób zrealizowania materiałów filmowych, odcisnęły na naszych emocjach solidny ślad. Warto przy tym dodać, że sposób prezentacji całego filmu sytuuje widza niemal w środku całej akcji, co powoduje, że odgłosy wystrzałów, szczęk zamka, czy metaliczny zgrzyt gąsienic, są słyszalne w sposób, który przywodzi na myśl prawdziwe pole bitwy.

Czas po kinie postanowiliśmy przeznaczyć na zwiedzanie Arromanches, dokładne obejrzenie znajdujących się na plaży kesonów z portów typu Mulberry oraz degustację lokalnych specjałów. Powiedzieć, że typowo francuska bagietka, z typowo francuskim serem smakuje wybornie, to w zasadzie nic nie powiedzieć.
Tego trzeba po prostu spróbować, tak jak owoców morza czy dedykowanych historycznym wydarzeniom burgerów. Kolejnym punktem dnia była wizyta na terenie baterii w Longues-sur-Mer.

N_6

Obiekt (składający się z pięciu głównych części, tj. czterech dział i schronu obserwacyjnego), co godne podkreślenia, od czasów wojny pozostał w stanie, który mamy okazję widzieć obecnie. Dzień zakończyliśmy spacerem po Bayeux, którego głównym punktem była wiekowa katedra. Podkreślenia wymaga również fakt, że czas normandzkich walk, Bayeux przetrwało w zasadzie bez żadnego uszczerbku, czego nie można powiedzieć o położonym ledwie 25km dalej na wschód Caen.

Dzień trzeci rozpoczęliśmy od wizyty w Overlord Museum. Muzeum, które w opinii wielu osób znających normandzki szlak muzealny, uchodzi za najlepsze i najlepiej wyposażone. W pełni potwierdzamy tą opinię. Sposób prezentacji eksponatów, ich ilość i jakość (najlepsza wystawa niemieckiego sprzętu jaką widzieliśmy w Normandii), do tego przygotowanie ścieżki zwiedzania i doskonale zaopatrzony w książki i najróżniejsze publikacje sklep, czynią z tego miejsca więcej niż obowiązkowy punkt programu każdej normandzkiej wyprawy. Gorąco polecamy :-).

N_8

Dosłownie kilkaset metrów dalej jest kolejny i jednocześnie bardzo symboliczny znak rozpoznawczy historycznego szlaku Normandii – Cmentarz Żołnierzy Amerykańskich. Dla wielu z nas pierwsza styczność z tym miejscem miała typowo filmowy wymiar – któż bowiem nie oglądał „Szeregowca Ryana” ? Początkowa scena z tego filmu w wielu z nas pozostawiła pewien trwały ślad, który teraz mogliśmy odkryć w pełnej rozciągłości. Jednocześnie trudno o wizycie na tym cmentarzu mówić czy pisać w kategoriach, którymi zwyczajowo określamy coś niesamowitego. To miejsce jest pod każdym względem inne i bez wątpienia można mu przypisać absolutną ponadwymiarowość.

Z cmentarza skierowaliśmy się do kolejnego miejsca, które w historii dnia D zapisało się szczególnie – Plaża Omaha. Któż z nas, oglądających wspomnianego wyżej „Szeregowca Ryana”, nie chciał tego miejsca zobaczyć ? Sprawdzić, jak wyglądał desant na tej plaży, zorientować się, gdzie były punkty ogniowe i dlaczego lądowanie na tym odcinku było tak ciężkie ? Z tymi pytaniami zeszliśmy na plażę i pokonując cały jej odcinek, zaliczaliśmy poszczególne sektory. Aby nadać tej wędrówce właściwego charakteru, odczytywaliśmy na głos opracowanie, zawierające opis walk na tej plaży.
Było dla wyjątkowe doświadczenie, bowiem to, co wyłaniało się z szczegółowych opisów, mogliśmy natychmiast konfrontować z ukształtowaniem terenu. Finałowe spojrzenie na plażę, ze znajdującego się na jej zachodnim krańcu pomostu dało nam wszystkim do myślenia. Przy dobrze przygotowanej obronie, to miejsce musiałoby być (i było) piekłem na ziemi. Spacer plażą uzupełniliśmy obiadem w D-Day House (znajdującym się w Saint-Laurent-sur-Mer), gdzie wielu z nas zamówiło, poza owocami morza historycznego burgera – D’Day landing Menu.

N_10

Po obiedzie w drogę. Kierunek – Point du Hoc. Mając w pamięci opisy walk, z jakimi się spotkaliśmy czytając o zmaganiach w tym miejscu, spodziewaliśmy się czegoś całkowicie niepowtarzalnego. Znane nam zdjęcia przedstawiły ten rejon jako niemal „przeorany” ogniem artyleryjskim, a koledzy z innych SRH/GRH, którzy odwiedzili rejon baterii, powtarzali – dopiero jak tam będziecie, zrozumiecie o co chodziło.
I rzeczywiście, tam trzeba być, aby zorientować się dlaczego był to tak ważny punkt i dlaczego toczyły się o niego tak intensywne walki. Wizyta na Point du Hoc pokazuje też, jak niszczycielską siłę ma artyleria. Cały rejon stał się niemal „księżycowym krajobrazem”, gdzie leje po pociskach tworzą strukturę podobną do plastra miodu. Pokazuje też, że walczący tutaj Rangers, choć nie natrafili na swój pierwotny cel (działa zostały 4 czerwca przeniesione w głąb lądu), mięli bardzo trudne zadanie i już sam fakt zajęcia terenu baterii, to bez wątpienia zadanie, które może stanowić przykład determinacji, odwagi i poświęcenia.
Wieczór po całym dniu zwiedzania, spędziliśmy przy grillu. Tematów, które spotęgowały doświadczenia całego dnia, nie brakowało.

Poniedziałek 10 kwietnia, czyli czwarty dzień wyprawy zaplanowaliśmy na tzw. zachodniej flance lądowania. Krótko po otwarciu muzeum pojawiliśmy się w Dead Man’s Corner (D-Day Experience). Muzeum, które kilka lat temu zostało znacząco rozbudowane, poza fantastycznie przygotowanymi dioramami, oryginalnym mundurem Richarda „Dicka” Wintersa (i kilku innych żołnierze kompanii E) czy sklepem dla rekonstruktorów, ma jeden szczególnie wyróżniający atut – symulator lotu C-47. Aby się do niego dostać, trzeba przejść przez salę odpraw, gdzie dowiadujemy się jak mogło wyglądać przygotowanie do lotu i co każdy ze spadochroniarzy wiedzieć powinien.
Następnie otwierają się drzwi do hangaru i gęsiego, jeden za drugim wychodzimy do … prawdziwego „Skytrain-a”. Zajmujemy miejsca, zapinamy pasy, w oknach widać inne samoloty, pas startowy.

N_13

Silniki wchodzą na wyższe obroty, samolot kołuje na pas, by po chwili niemal z pełną mocą silników (efekty dźwiękowe, drżenie kadłuba i słyszalne komunikaty radiowe dostarczają solidnej dawki adrenaliny) oderwać się od ziemi. W pierwszej części lot jest spokojny, jednak im bliżej rejonu desantu, tym zaczyna robić się ciekawiej. Odzywa się FLAK, samolot co i rusz doświadcza solidnego szarpnięcia, pojawia się dym. Po chwili zaczynamy odrywać się od formacji, a za oknem widać płomienie. Dostaliśmy.
Samolot z dużą szybkością (co jest wyraźnie odczuwalne) zmierza ku ziemi, by finalnie osiąść na niej po „lądowaniu na brzuchu”. Wrażenia są potężne. Trudno powiedzieć, czy cały lot trwał 3 minuty, czy było ich 15. Polecamy każdemu, a naszym kolegom z SRH/GRH odtwarzających jednostki spadochronowe, szczególnie.

Kolejnym punktem dnia było Airborne Museum w Sainte-Mère-Église. Miejsce, którego śledzącym działania w Normandii, a szczególnie w dniu D, przedstawiać specjalnie nie trzeba. Warto jednak podkreślić, że miasteczko od czasów wojny pozostało praktycznie nie zmienione. Zabudowę, znaną z ówczesnych fotografii bez problemu odnajdziemy i teraz, do tego kościół, na którego wieży wisi spadochroniarz, nawiązując tym samym do autentycznego zdarzenia z nocy lądowania.
Klimat tego miejsca podkreślają też pamiątkowe tablice z historycznymi fotografiami, rozmieszczone w różnych miejscach miasta, w szczególności zaś jego centralnej części. Samo muzeum także zostało w ostatnich latach rozbudowane.
Dwie hale wypełnione wszystkim, co wiąże się z desantem powietrznym (włącznie z C-47 i Waco) uzupełniła kolejna (trzecia), oddana w roku 2014. Wizyta w niej to prawdziwa wycieczka w przeszłość, z mocnymi multimedialnymi akcentami.
Tutaj także wchodzimy na pokład C-47, tym jednak razem poruszamy się wśród czekających na skok spadochroniarzy. Wszystko w atmosferze ostrzału FLAK, broni maszynowej, komunikatów radiowych, błysków wystrzałów i huku lotniczych silników. Każda z ukazanych tam dioram na swój sposób „żyje”, a podkreślają to nie tylko dźwięki, ale też nawiązujące do realiów światło.

N_14

Wystawę poświęconą lądowaniu w rejonie należącym 82nd uzupełnia też wystawa poświęcona … walkom w Ardenach z grudnia 1944 roku (usytuowana w dodatkowym budynku). Okazuje się bowiem, że Airborne Muzeum ściśle współpracuje z muzeum w Bastogne. Dla nas był to bardzo sympatyczny akcent, bowiem w Ardenach byliśmy już trzy razy i traktujemy to miejsce z dużym sentymentem.
Wspomnieć musimy o jeszcze jednym – burgerach, które miały bardzo ciekawe nazwy. W znajdującej się nieopodal muzeum gastronomii można było nabyć m.in. C-47 Menu czy Airborne Menu. Nie omieszkaliśmy spróbować i nie możemy powiedzieć złego słowa. Raz, że były bardzo dobre, dwa, że były przy tym bardzo syte.

Miejsce numer trzy tego dnia, to plaża Utah i znajdujące się tam The Utah Beach D-Day Museum. W nim zaś kilka wartych odnotowania eksponatów.
Wśród nich szczególne miejsce zajmują B-26 Marauder, łódź desantowa Higgins-a oraz amfibia LVT. Samo otocznie muzeum i znajdujący się wokół niego rejon lądowania również warto podkreślić, bowiem ukształtowanie tego terenu, stoi w wyraźnej kontrze choćby do plaży Omaha. Pas wydm jest stosunkowo niski, natomiast tuż za nim cały obszar jest płaski i … mocno nasycony tak charakterystycznymi dla Normandii bocage. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsc znanych nam z II części „Kompanii Braci”.
Teren, na którym znajdowała się pamiętana z filmu bateria w Brécourt Manor jest aktualnie w rękach prywatnych, ale stając przy jednym z wejść na pole, dość wyraźnie można dostrzec obszar, na którym była rozmieszczona i z którego wyprowadzono na nią natarcie. Sam fakt obecności w tym miejscu mocno działał na wyobraźnię, podobnie jest przejazd przez Sainte-Marie-du-Mont.

N_16

Miasteczko, w którym zbierały się oddziały z 101st, a o którym można obecnie z pełnym przekonaniem powiedzieć, że czas o nim zapomniał. Jest to idealna sceneria do filmu i bez wątpienia warto to urokliwe, a jednocześnie bardzo historyczne miejsce odwiedzić. W drodze powrotnej do naszego normandzkiego „garnizonu”, zaliczyliśmy jeszcze krótki spacer po Carentan oraz wizytę na cmentarzu żołnierzy niemieckich w La Cambe. Wieczór spędziliśmy tradycyjnie, czyli na raczeniu się serem, winem, w „towarzystwie” bagietki i solonego masła.

Wtorek 11 kwietnia był dniem powrotu. Z żalem opuszczaliśmy gościnny camping w Le Clos de Balleroy, śląc w kierunku coraz bliższej nam okolicy ostatnie spojrzenia. Droga powrotna nie oznaczała jednak automatycznego skierowania się na trasę do Polski. Na ten dzień także zaplanowaliśmy zwiedzanie, jednak tym razem już dużo krótsze. Pierwszym punktem tego dnia był cmentarz żołnierzy polskich w Grainville-Langannerie. Wizyta w tym miejscu była dla całego naszego grona bardzo emocjonalnym przeżyciem. Pokazała również, jak złożone były losy polskich żołnierzy w czasie wojny i jak wielu z nich w drodze do kraju musiało oddać swoje życie. Świadczy o tym nie tylko ten cmentarz, ale też szereg innych, rozsianych na bitewnych szlakach polskich jednostek w całej Europie.

N_17

Po pełnej zadumy wizycie na cmentarzu, na cel wzięliśmy Falaise, a tuż po nim Mont Ormel. Znajdujące się tam muzeum (Memorial de Montormel) było ostatnim punktem jubileuszowej wyprawy. Historycznie, zamknięcie „worka” w rejonie Falaise-Argentan było symbolicznym końcem walk w Normandii, dla nas zaś oznaczało przysłowiowe zamknięcie wyjazdowej pętli. Samo muzeum nie jest może pełne zapierających dech w piersiach eksponatów, jednak wizyta w nim pozwala na obejrzenie bardzo ciekawej prezentacji (m.in. w języku polskim), ukazującej nie tylko samą bitwę, ale też ciąg wydarzeń, które do niej doprowadziły.

Cały przekaz znacząco wzmocniła plastyczna mapa obszaru bitwy, która w toku prowadzonej narracji, była odpowiednio podświetlana. Widok z muzeum (które celowo zostało usytuowane na szczycie wzgórza 262) lub ze specjalnie przygotowanego tarasu, pozwalał w pełni zrozumieć wagę tego miejsca w planach każdej ze stron. Tłumaczy to jednocześnie zaciekłość walk jakie były toczone o „Maczugę”, a przy tym pokazuje, jak ważną rolę spełnili w tej bitwie polscy żołnierze z dywizji gen. Maczka.
Ciekawą rozmowę na zakończenie wizyty przeprowadził z nami dyrektor tego muzeum, który od lat zajmuje się badaniem rejonu walk. Jak się okazało, jego rodzina ma silne związki z Polską, a sam rejon Falaise zamieszkuje aktualnie wiele osób o polskich korzeniach. Wspomniał również o tym, że w pamięci mieszkańców polscy żołnierze zapisali się jako kulturalni, pełni współczucia i dobrego wychowania ludzie. Wielu z nich (żołnierzy) po zakończeniu wojny osiedliło się w tym rejonie.

N_20

Po wyjściu z muzeum jeszcze ostatnie zdjęcie przy pomniku gen. Stanisława Maczka, ostatnie spojrzenie z „Maczugi” na „korytarz śmierci” i w drogę. Nim dojechaliśmy do francuskiej granicy wykształtowała się już myśl o kolejnej wyprawie, którą z pewnością zaczniemy niebawem przygotowywać. A do Normandii pewnie jeszcze wrócimy. To tylko kwestia czasu.

Podsumowując wyjazd możemy zwrócić uwagę na:

Muzea – są dobre lub bardzo dobre, a do tego uzupełnione o całe mnóstwo mniejszych, prywatnych, których nie sposób odwiedzić w czasie kilku dni. Inną sprawą jest to, że 5 dni na zwiedzanie Normandii to czas, w którym można zobaczyć całkiem sporo, ale z pewnością wszystkiego się nie uda.
Wracając do muzeów – kilka z nich dość wyraźnie się wyróżnia, a to za sprawą zastosowania nowatorskich rozwiązań, szerokiego użycia multimediów czy mnóstwa fantastycznych eksponatów.
Ich prezentacja czy wkomponowanie w dioramy może inspirować także w naszym, rekonstrukcyjnym funkcjonowaniu.
Każde z odwiedzonych muzeów posiada kino i choć prezentowane w nich filmy były dość zróżnicowanej jakości, to wiele z nich zawierało nieznane ujęcia z okresu walk. Doskonale zaopatrzone są również znajdujące się przy muzeach sklepy, w których można było znaleźć wiele cennych (ale też nie zawsze najtańszych) książek. Mimo to wielu z nas wzbogaciło swoje domowe biblioteki pozycjami, którym nie sposób było się oprzeć. Co też musimy zaznaczyć – nasze wizyty w muzeach anonsowaliśmy jeszcze przed wyjazdem.
Dzięki temu bilety kupowaliśmy dużo taniej. Spotkania z osobami pracującymi w muzeach były bardzo sympatyczne, co zaowocowało ciekawymi znajomościami i cennymi kontaktami.

Oznakowanie – trzeba przyznać, że może stanowić wzór do naśladowania. Szlak walk w Normandii jest tak przygotowany, aby każdemu z zainteresowanych nie umknął choćby jeden związany z walkami punkt. Inną sprawą jest to, że aby mieć możliwość poruszania się tym szlakiem punkt po punkcie, nawet dwa tygodnie nie byłyby wystarczające. Mamy jednak nadzieję, że uda się go zaliczać systematycznie, fragmentami.

Ukształtowanie terenu – czytając opracowania związane z walkami w Normandii, niemal w każdym z nich można znaleźć wiele odniesień do terenu walk. Wszechobecne bocage, liczne sady, zagajniki. Będąc w Normandii wszystko to można zobaczyć bezpośrednio i przestaje dziwić związane z tym miejscem stwierdzenie – „Pancerne piekło”.

Każdemu gorąco polecamy wizytę w Normandii. Czysto historyczne doświadczenia, przeplatają się ze smakowymi, te zaś są wkomponowane w harmonijne i niemal baśniowe otoczenie. Po wizycie w Normandii całkowicie inaczej czyta się książki traktujące o prowadzonych tam walkach. Warto tam być :-).