OPERACJA „WĘDRUJĄCY KOCIOŁ 2”

Miniony rok (2017) był dla naszego stowarzyszenia wyjątkowy. Obchodziliśmy wówczas 15-lecie funkcjonowania, a jednym z elementów obchodów tej rocznicy, był wyjazd do Normandii pod hasłem „Wędrujący Kocioł”. Przechadzając się historycznymi uliczkami normandzkich miasteczek, przemierzając plaże lądowania podczas D-Day czy smakując lokalne specjały w czasie wieczornych posiedzeń, snuliśmy plany roku przyszłego (czyli 2018), w którym również postanowiliśmy ruszyć na historyczną wyprawę.

WK_2Gdzie jechać wówczas, jakie miejsca odwiedzić, co fajnie byłoby zobaczyć – takie pytania padały bardzo często. Tak rodziła się jednocześnie koncepcja „Wędrującego Kotła 2”, która zmaterializowała się w połowie kwietnia tego roku. Przygotowywany od października wyjazd został zaplanowany dość „obszernie”, co hasłu „Wędrujący Kocioł” nadało bardzo dosłownego charakteru. Łącznie odwiedziliśmy cztery kraje, przejechaliśmy blisko 3000 tysiące kilometrów, każdej nocy spaliśmy w innym miejscu, ale przy tym zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc i odwiedziliśmy szereg interesujących muzeów. Bez wątpienia „Wędrujący Kocioł 2” były udany, momentami też z dość emocjonalnym podtekstem, a przy tym pozwolił nam na poznanie wielu ciekawych ludzi. No i co ma nie mniejsze znacznie – wyznaczył kierunek, w którym będziemy zmierzali realizując trzecią edycję „Kotła”.
Ale o tym napiszemy przy innej okazji. Teraz kilka zdań więcej o każdym z dni wyprawy, których łącznie było sześć.

Podobnie jak w roku 2017, i tym razem miejscem zbiórki wszystkich uczestników wyprawy był Kostrzyn Wielkopolski, gdzie nasze stowarzyszenie ma swoją siedzibę. Podstawione trzy busy (odpowiednio oznakowane) już od późnego popołudnia zapełniały się osobami dojeżdżającymi i punktualnie o godzinie 20.30 w czwartek 12 kwietnia, wyprawa oficjalnie się rozpoczęła. Nocna droga przez Niemcy upłynęła dość szybko, a pierwszym punktem w planie na piątek (13 kwietnia) było muzeum w Diekirch (Luksemburg), w którym pojawiliśmy się zaraz po otwarciu. Znajdujące się tam dioramy i zgromadzone zbiory są bez dwóch zdań godne polecenia.
Myślą przewodnią, która zdominowała tematykę wystaw jest okres „Bitwy o Ardeny” z przełomu 1944/45 roku. Umundurowanie, oporządzenie, sprzęt kołowy, gąsienicowy itd. – wszystko to w dużej mierze poświęcone okresowi ofensywy w Ardenach.

Dla szeregu z nas, interesujących się Operacją „Herbstnebel”, wizyta w tym miejscu nie była pierwszą, jednak za każdym razem pozwala odkryć coś nowego. Nie inaczej było tym razem. Detale z jakimi są przygotowane dioramy, zasługują na jak najwyższe uznanie. Oczywiście, polecamy to miejsce każdemu. Naprawdę warto.

WK2018_1

SRH AA7 podczas „Wędrującego Kotła 2” – Muzeum w Diekirch, kwiecień 2018. Foto: Archiwum SRH AA7.

Następnym punktem piątku było Bastogne, do którego z Diekirch prowadzi malownicza, górska droga. Pokonanie tego odcinka to wrażenie krajobrazowe i historyczne jednocześnie. Widoki były niesamowite, a do tego co jakiś czas dało się dostrzec ślady toczonych tutaj przed laty walk (w postaci tzw. „miejsc pamięci”, jakimi są pamiątkowe tablice i pomniki).
Wizytę w Bastogne rozpoczęliśmy na placu gen. McAuliffa. Stojący tam dumnie czołg, z lufą skierowaną w wylot jednej z głównych ulic miasta, to widoczny sygnał dla każdego z gości, że z miejscem tym wiąże się jedna z ciekawszych historii II Wojny Światowej. Obrona tego miasta podczas grudniowych dni 1944 roku, trwale zapisała się nie tylko w annałach 101 (amerykańskiej) dywizji powietrzno-desantowej, ale stanowiła też ważny punkt odniesienia dla innych jednostek amerykańskich. Posiadanie tego ważnego węzła komunikacyjnego, dało czas innym oddziałom G.I. na przegrupowanie i przygotowanie do obrony, Niemców zaś zmuszało do częściowego rozczłonkowania sił. Dość dużo na ten temat mówiła wystawa w muzeum poświęconym 101-st, do którego część z nas postanowiła się wybrać. Zaraz potem, już całością sił, przemieściliśmy się do muzeum znajdującego się w koszarach, gdzie czekały nas naprawdę fantastyczne przeżycia. Spotkaliśmy tam naszego serdecznego przyjaciela z belgijskiego HMRA, tj. FX Jordens-a, który umówił nam zwiedzanie z przewodnikiem.
Bruno – bo tak miał na imię nasz wojskowy przewodnik – oprowadził nas po każdym zakamarku tego koszarowego kompleksu, pokazując kultowe dla historii wojsk amerykańskich miejsca. Każde z nich było dokładnie przedstawione, do tego „nasycone” epokowymi zdjęciami i specjalnie przygotowanymi dioramami. Bruno w bardzo ciekawy sposób opowiadał o tym, co działo się w każdym z pomieszczeń. Byliśmy m.in. w miejscu (pokoju), gdzie zapadła decyzja o słynnym „Nuts !” w odpowiedzi na niemiecką propozycję kapitulacji. Warto przy tym dodać, że spora część koszar nie zmieniła się od wojny, podobnie jak same pomieszczenia i zabudowania, co daje możliwość bardzo sugestywnego zetknięcia z historią (można ją niemal poczuć).
Swojego rodzaju deserem w zwiedzaniu były hale sprzętowe. I tutaj można było dostać przysłowiowego zawrotu głowy, który potęgował fakt, iż znacząca część zgromadzonej kolekcji jest sprawa i okazjonalnie prezentowana w ruchu (np. na NUTS WEEKEND w grudniu każdego roku). To miejsce koniecznie trzeba zobaczyć i jeśli ktokolwiek planuje wizytę w Bastogne, do koszar również powinien się udać. POLECAMY !!!

WK2018_3

SRH AA7 podczas „Wędrującego Kotła 2” – Koszary w Bastogne, kwiecień 2018. Foto: Archiwum SRH AA7.

Wizytę w Bastogne zakończyliśmy spacerem przy tzw. Memorialu (znajdującym się tuż przy Muzeum Wojny), a następnie – jadąc specjalne oznakowanym szlakiem walk (w tym Kompanii E) – przemieściliśmy się do Cobru, które ma dla nas bardzo sentymentalne znacznie. To w tej miejscowości byliśmy dwa razy podczas inscenizacji walk o Bastogne (w 2012 i 2014 roku), cały czas mając w pamięci mnóstwo bardzo sympatycznych przeżyć i wspomnień. Właścicielom posesji, w której wówczas bytowaliśmy, przekazaliśmy słodki upominek. Pomimo bariery językowej (niestety, nie znali angielskiego) mamy nadzieję, że zorientowali się o co nam chodziło :-).

Dzień zbliżał się już do końca, gdy dotarliśmy do naszego zakwaterowania, położonego pomiędzy Stavelot, a Trois Ponts. Pomimo wielu godzin bez snu, tylko nieliczni z nas postanowili zakończyć dzień. Reszta udała się do znajdującego się w pobliżu pubu. Smak belgijskiego piwa po tak intensywnym dniu i wielu kilometrach przebytej drogi, był niepowtarzalny.
Kolejny dzień (sobotę) rozpoczęliśmy w Le Gleize. Wielu z nas pierwszy raz widziało stojącego tam Królewskiego (Bengalskiego) Tygrysa, podobnie jak pierwszy raz miało okazję odwiedzić znajdujące się tam muzeum. Pozytywnych wrażeń, wzmocnionych ciepłą, słoneczną pogodą, nie brakowało. Zaopatrzeni w zakupione muzealne upominki, ruszyliśmy do Malmedy, zachwycając się widzianym przez okna samochodów krajobrazem. Przy okazji zaczęły się także typowo wojskowe analizy i odniesienie do krętej górskiej drogi (z Le Gleize do Trois Ponts). Bez wątpienia, prowadzenie w tym terenie natarcia świadczyło o dużej determinacji atakujących. W Malmedy byliśmy zaraz po 12.00. Leżące tuż przy pamiętnym skrzyżowaniu muzeum, to również jedno z tych miejsc, które polecamy nie tylko miłośnikom walk w Ardenach, ale każdemu, kto choć odrobinę interesuje się okresem II Wojny Światowej. Interesujące i obszerne zbiory, ciekawe dioramy, a także szereg plastycznych map, tworzą bardzo kompletną „wycieczkę” w realia grudniowych walk.
Całość uzupełniają tzw. interaktywne dioramy, czyli miejsca, gdzie wchodząc wita nas cisza, a po chwili rozgrywa się zaplanowana akcja. Bardzo, bardzo ciekawe doświadczenie. Dużo uwagi poświecono tzw. masakrze w Malmedy, czyli pamiętnemu wydarzeniu na skrzyżowaniu (pod Malmedy), gdzie niemieckie kule uśmierciły kilkudziesięciu bezbronnych, amerykańskich żołnierzy.
Wizytę w Belgii zakończyliśmy zwiedzaniem fortu Eben Emael. Dzięki pomocy FX Jordens-a, który zaaranżował nam wizytę w tym słynnym miejscu, spędziliśmy przeszło dwie godziny poruszając się po krętych korytarzach fortu. Oprowadzający nas przewodnik dokładnie opowiedział nam o przebiegu walk, o konstrukcji fortu i obsadzających go żołnierzach. Duże wrażenie robiły poszczególne pomieszczenia koszarowe, dokładnie i epokowo wyposażone, uzupełnione o dioramy czy specjalne wystawy. Wizytę wewnątrz uzupełniła wizyta na obiekcie, czyli miejscu, gdzie lądowały niemieckie szybowce. Wbrew pozorom, miejsca na „dachu” fortu nie było dużo, co samo w sobie powodowało, że akcja niemieckich spadochroniarzy była nie lada wyzwaniem.

WK2018_7

SRH AA7 podczas „Wędrującego Kotła 2” – Wewnątrz Fortu Eben-Emael, kwiecień 2018. Foto: Archiwum SRH AA7.

Zaopatrzeni w zapas belgijskiego piwa i czekolady, ruszyliśmy w drogę do Holandii. Celem było Arnhem, do którego przyjechaliśmy tuż po zmierzchu. Zakwaterowanie – a jakże inaczej – w domkach holenderskich. Jeszcze tego samego wieczoru część z nas udała się do centrum Arnhem. Wyobrażenie walk w wąskich uliczkach centrum tego miasta (a konkretnie kwartale przy moście) kontrastowało z nocnym, towarzyskim życiem. Otwarte puby pełne ludzi, rozchodząca się różnoraka muzyka i mnogość zasłyszanych języków świadczyły o tym, że jesteśmy w miejscu bardzo chętnie odwiedzanym i tętniącym sympatyczną atmosferą. Następny dzień, czyli niedzielę, rozpoczęliśmy od Airborne Museum znajdującego się w słynnym Hotelu Hartenstein.
Gdy tylko pojawiliśmy się w środku i kupowaliśmy bilety, kilku muzealnych przewodników zorientowało się skąd jesteśmy. Uściski dłoni z ich strony i bardzo ciepłe słowa pod naszym adresem spowodowały, że „oczy się zaszkliły” (nie ostatni raz tego dnia). Poznani przewodnicy mówili też o tym, że pamięć o polskich spadochroniarzach jest tutaj wciąż żywa, a angielscy weterani chętnie ich wspominają.
Po tym bardzo wzruszającym początku, rozpoczęliśmy zwiedzanie, w czasie którego polskich akcentów nie brakowało. Brygada gen. Sosabowskiego jest w muzealnej wystawie bardzo mocno akcentowana, podobnie ja postać samego generała. A trzeba dodać, że muzeum, choć położone w epokowym obiekcie, jest bardzo nowoczesne. Duża ilość multimediów przeplata się z klasycznymi ekspozycjami, ale prawdziwe zaskoczenie, czekało nas w części „piwnicznej”. To, czego tam doświadczyliśmy, jest trudne do opisania. Z makiety szybowca wychodzi się na ogromną dioramę ulicy w Arnhem, stając się tym samym świadkiem toczonej wokół walki. Odpowiednie nagłośnienie, różnorakie komendy, świsty kul, serie z broni maszynowej czy mocno akcentowane wybuchy, przeplatają się z odgłosami pojazdów, radiowego nawoływania itd. Kierując się strzałkami mijamy budynki, za oknami których są dalsze, pieczołowicie przygotowane dioramy.
Zaglądamy do szpitala polowego, widzimy obsługę BREN-a, PIAT-a itd. Całą przestrzeń wypełnia też właściwie dobrane oświetlenie, które znacząco wzmacnia bardzo realistyczny przekaz. Idąc dalej, przechodzimy przez następne bitewne ekspozycje, które nawiązują do kolejnych, bardzo charakterystycznych momentów walk. Opuszczając to miejsce, ma się wrażenie, że nie wszystko dało się zobaczyć, bowiem tak wiele się działo. W związku z tym wielu z nas postanawia raz jeszcze przejść tą samą trasę.

WK2018_10

SRH AA7 podczas „Wędrującego Kotła 2” – Airborne Museum w Arnhem, kwiecień 2018. Foto: Archiwum SRH AA7.

Po muzeum przyszedł czas na cmentarz wojskowy, który jest położny nieopodal hotelu. Tutaj ponownie dały o sobie znać emocje, które tym razem spotęgowała holenderska rodzina. Gdy wchodziliśmy na jego teren, zapytała nas skąd jesteśmy. Gdy usłyszeli, że z Polski, powiedzieli, że pamiętają o polskich żołnierzach i to nie tylko tych leżących tutaj, ale też tych z dywizji gen. Maczka. I bardzo się cieszą, że odwiedziliśmy cmentarz i Holandię. Wymieniając się z nim serdecznymi uściskami dłoni, trudno było zachować emocjonalną równowagę. Takich momentów po prostu się nie zapomina. Po złożeniu wiązanki kwiatów na obelisku tuż przy wejściu, skierowaliśmy się na most, odwiedzając przy okazji leżące tuż obok małe muzeum. Także w nim okazano nam dużo sympatii, którą odwzajemniliśmy słodkim (wedlowskim) upominkiem.
Most, choć już nie ten sam co w czasie Operacji „Market Garden”, także zadziałał na wyobraźnię. Każdy z nas, kto oglądał czy czytał „O jeden most za daleko”, chciał być w tym miejscu i bezpośrednio przekonać się, jak to miejsce wyglądało/wygląda. Nie trzeba było dużo mówić. Wystarczyło usiąść na brzegu Renu, a w myślach same przewijały się obrazy, których bohaterami byli walczący tutaj żołnierze.
Dzień kończyliśmy w Driel, do którego jechaliśmy wąską drogą, usytuowaną na wale przeciwpowodziowym. To niewielkie, senne miasteczko w historii 1. Polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej zapisało się w sposób szczególny. Nikomu, kto jest choćby w sposób podstawowy zorientowany w losach brygady czy Operacji „Market Garden”, nie trzeba go specjalnie opisywać. Ale gdyby tak było, to znajdujący się w samym centrum miejscowości pomnik (poświęcony polskim spadochroniarzom), będzie pierwszym ważnym punktem zaczepienia.
Tuż obok, w kościele, znajduje się poświęcona polskiej brygadzie nieduża, ale bardzo dobrze zaaranżowana wystawa. Czytając tam o toczonych tutaj walkach i próbach pomocy ze strony żołnierzy gen. Sosabowskiego znajdującym się na drugim brzegu Brytyjczykom, można wczuć się w klimat tamtych pamiętnych, wrześniowych dni. Bardzo duży ładunek emocjonalny ma także film, który jest odtwarzany w tym miejscu. Bez wyjątku, „złamał” każdego z nas, a dopełnieniem tego była wizyta przy grobie Cory Baltussen. Kobiety, która przez całe swoje życie podejmowała wysiłki, aby przywrócić pamięć o żołnierzach brygady i ich prawdziwą rolę w całej operacji.

Holandię opuściliśmy niedługo potem, kierując się pod Bremerhaven, gdzie był nasz kolejny nocleg. Dzień piąty wyprawy miał być poświęcony w całości tematyce morskiej. Po nocy w bardzo sympatycznym, agroturystycznym miejscu, skierowaliśmy się właśnie ku leżącemu niespełna 70 km dalej Bremerhaven. Czekał tam na nas kolejny cel wyprawy, którym tym razem był U-boot XXI. Okręt robi duże wrażenie już z zewnątrz i … jest naprawdę duży. O okrętach można dużo czytać, można też oglądać modele, ale prawdziwe doznanie daje dopiero kontakt bezpośredni. A ten, szczególnie po wejściu do środka, był bardzo sugestywny.
Warto przy tym dodać, że stanowiący obecnie muzeum okręt, został pod koniec wojny zatopiony przez załogę, następnie pod 10 latach wydobyty na powierzchnię, wyremontowany i przywrócony do służby jako jednostka szkolna. Od roku 1984 stał się okrętem muzeum. Z zewnątrz został przywrócony do stanu z okresu przed zatopieniem, natomiast w środku jest trochę akcentów z lat 60’ (jednak nie jest ich specjalnie dużo). Lwia część ekspozycji, to klasyka, czyli wnętrze typowe dla okrętów tej klasy z okresu końca wojny. W porównaniu z U-bootem VIIC, którego odwiedziliśmy tego samego dnia (po południu), „dwudziestka jedynka” to całkiem inna epoka. To, co nie raz czytaliśmy na temat tej klasy jednostek, była teraz okazja porównać.
Różnice są aż nadto widoczne i nie dziwi wcale fakt, że klasa XXI była punktem odniesienia dla wielu powojennych konstrukcji. Przechodząc z sekcji do sekcji, próbowaliśmy wyobrazić sobie, jak mogła tu funkcjonować załoga i co mogła czuć w chwili zagrożenia. Miejsca, choć nie za dużo (co typowe dla okrętów podwodnych), to paradoksalnie, też nie aż tak mało. Wszystko za sprawą bardzo sprytnego zagospodarowania każdej części jednostki, a szczególnie miejsc dla załogi. Na „XXI” były bardzo przemyślanie usytuowane, dzięki czemu można było nawet odnieść wrażenie, że są na swój sposób przytulne.

WK2018_14

SRH AA7 podczas „Wędrującego Kotła 2” – U 2540 w Bremerhaven, kwiecień 2018. Foto: Archiwum SRH AA7.

Całkowicie inaczej wyglądało to na okręcie klasy VIIC (U-995), który odwiedziliśmy po południu. Do Laboe, gdzie się znajduje, dojechaliśmy po południu. Ta okrętowa „klasyka klasyki”, znana choćby ze słynnego filmu „Das Boot”, znajduje się tuż przy plaży, ustawiona na lądzie i oparta na specjalnych podporach (dzięki czemu widać cały okręt).
Wchodząc do wnętrza nie brakowało porównań do odwiedzonego rano „XXI” (U 2540). Ilość miejsca, a w zasadzie jego ograniczoność, może przytłaczać. Niemal każda z części okrętu wymagała pewnej gimnastyki przy poruszaniu się. Momentów, gdzie dość umownie pojmowanej swobody było nieco więcej, było raptem kilka. Co jednak zasługuje na szczególne podkreślenie, to stan jednostki, który jest poziomie „wojennym”, czyli nie zakłócony żadnymi późniejszymi (powojennymi) modyfikacjami.
Dla części z nas wizyta na okręcie trwała dość długo, zaś dla innych był to dobry moment, aby odwiedzić znajdującą się tuż obok wieżę, z której rozpościerał się fantastyczny widok na całą zatokę.
Z Laboe przegrupowaliśmy się do Hamburga, gdzie był nasz kolejny nocleg. I choć dzień był dość męczący, w zdecydowanej większości udaliśmy się miasta na wieczorny spacer. Następnego dnia w planie było muzeum pancerne w Munster, do którego z Hamburga jest stosunkowo blisko.
Tzw. Panzermuseum to dla osób interesujących się techniką pancerną z okresu II Wojny Światowej, miejsce szczególne. Różnorodność typów jest bardzo duża, do tego ekspozycję poświęconą sprzętowi w okresu wojny, uzupełnia ta, która prezentuje pojazdy powojenne. Dzięki temu wyraźnie widać, jaki wpływ na konstrukcje powojenne miały doświadczenia z okresu wojny.
Wizyta w Munster była ostatnim akcentem „Wędrującego Kotła 2”. Tuż przed wyjazdem, zjedliśmy jeszcze w znajdującym się przy muzeum lokalu przysłowiowego „wursta”, by następnie zająć miejsca w samochodach i skierować się ponownie ku Kostrzynowi. W drodze powrotnej przyszedł czas na pierwsze podsumowania i wrażenia z całego wyjazdu. Były jednoznacznie pozytywne, a jedynym mankamentem było to, że tych kilka dni upłynęło tak szybko. Na „Wędrującym Kotle 2” z pewnością nie poprzestaniemy, a ponieważ szykują się też zagraniczne wyjazdy rekonstrukcyjne (w tym i przyszłym roku), czasu w drodze pewnie jeszcze nie raz, trochę spędzimy :-).